|
Nie mamine pierogi ani codzienna prasa z kiosku za rogiem – najbardziej deficytowym towarem na irlandzkim rynku okazały się ... usługi medyczne w języku polskim! Informacja o praktykujących lekarzach z Polski lotem błyskawicy roznosi się pośród irlandzkiej polonii, zaś kolejne numery telefonów i adresy specjalistów przekazywane są niczym najbardziej ekscytujące plotki. Zatem w myśl zasady, iż lepiej zapobiegać, niż leczyć, o systemie medycznym w Irlandii słów kilka – na wypadek, gdyby pewnego dnia ranek przywitał nas grypową gorączką czy bólem zęba nie do zniesienia...
System medyczny w Irlandii jaki jest, każdy widzi – choć gabinetów lekarzy rodzinnych pierwszego kontaktu (tzw. GP – General Practitioner) pod dostatkiem, znane nam z polskich przychodni kolejki są tutaj zjawiskiem raczej obcym. Dla przyzwyczajonych bowiem do rodzimego systemu bezpłatnej opieki medycznej pacjentów, wydatek rzędu 30-60 Euro za jednorazową wizytę jest niejednokrotnie znaczącym powodem, dla którego pomocy szukamy wśród doświadczonych w temacie znajomych lub ... wątpliwej klasy cudotwórców. O ile porady doświadczonych mamuś w kwestiach dziecięcych pleśniawek czy trzydniowej wysypki zazwyczaj przynoszą pożądany skutek, o tyle leczenie choroby wieńcowej akupunkturą i masażami w nielegalnych gabinetach lekarzy z rosyjskim akcentem raczej nam tylko zaszkodzą. Dlatego szanując zdrowie własne i najbliższych, lepiej na nim nie oszczędzajmy i w poważniejszych sprawach szukajmy pomocy u sprawdzonych specjalistów.
Choć inaczej niż w Polsce, nie mamy tutaj obowiązku zapisać się do lekarza rodzinnego jeśli nie mamy takiej potrzeby, warto zawczasu zrobić wywiad wśród sąsiadów czy kolegów z pracy, by w nagłych przypadkach nie szukać dyżurującego doktora z książką telefoniczną w ręku. Lekarza GP znajdziemy niemal w każdej dzielnicy, zaś płacąc za wizytę, zwykle możemy się spodziewać znacznie szerszego zakresu usług, niż ma to miejsce w typowym gabinecie internisty. Ma to szczególne znaczenie, kiedy jesteśmy w błogosławionym stanie – potwierdziwszy testem ciążowym nasze macierzyńskie podejrzenia, do lekarza pierwszego kontaktu powinnyśmy skierować pierwsze kroki. Tam doktor przeprowadzi podstawowe badania (test ciążowy, badanie ginekologiczne, pomiar ciśnienia krwi, wagi ciała, badania poziomu cukru itp.), po czym skieruje nas do szpitala położniczego, gdzie wyekwipowane w kartę ciążową – uprzednio poświadczoną w Health Board – bezpłatnie już wykonać powinniśmy szczegółowe badania (USG, badania krwi, w tym na obecność przeciwciał żółtaczki czy HIV).
Warto utrzymywać stały kontakt z naszym lekarzem rodzinnym, na przemian ze zgłaszaniem się do prowadzącego nas szpitala, w tzw. systemie combinated care, by po urodzeniu naszego potomka móc nieodpłatnie przebadać i jego w szóstym tygodniu życia (tzw. check up). O ile też za kolejne wizyty w czasie ciąży nie pobiera się żadnych dodatkowych opłat, a i sam poród w irlandzkim szpitalu również nic nas nie kosztuje, o tyle niebagatelnym wydatkiem dla kieszeni jest opłata za pobyt na oddziale położniczym, kształtująca się w wysokości 200 Euro za dobę. By sprawy finansowe nie przesłoniły nam radości z narodzin maleństwa, warto upewnić się, że nasze prywatne ubezpieczenie zdrowotne pokrywa w całości lub częściowo poniesione koszty. Tym również irlandzki rynek usług socjalnych różni się od polskiego, że odprowadzane podstawowe składki PRSI nie gwarantują nam całości bezpłatnych świadczeń niestety.
Na zdrowiu się nie oszczędza, czyli system ulg i świadczeń społecznych
Mając w pamięci słowa wieszcza Kochanowskiego, wydatków na zdrowie nie powinniśmy przeliczać na żadne pieniądze. Trudno jednak nie zważać na ów drobny fakt, iż rutynowe prześwietlenie klatki piersiowej lub zapas medykamentów na nieco poważniejsze przeziębienie potrafi uszczuplić nam portfel o koszt choćby weekendowego wypadu w urocze zakątki Glendalough. Dlatego warto zorientować się, czy nie przysługuje nam Medical/GP Visit Card, zwalniająca nas z wszelkich opłat u lekarzy pierwszego kontaktu oraz – jak w przypadku pełnej Karty Medycznej – również u dentystów, specjalistów, w szpitalu i w aptece. Co prawda do bezpłatnego leczenia kwalifikują się osoby o najniższych dochodach (do 142,50 Euro/tydzień w przypadku singli, aż do 206,50 Euro/tydzeń w przypadku małżeństw) oraz seniorzy powyżej 60. roku życia, wykazując jednak dodatkowe koszty utrzymania (kredyt hipoteczny, dojazdy do pracy, wydatki na przedszkole, wyposażenie szkolne dziecka oraz wszelkie inne z nim związane) możemy skutecznie dbać o zdrowie, bez zachwiania spokoju naszego portfela.
Podobnie sprawa ma się w przypadku znacznych kosztów lekarstw, zwłaszcza tych przyjmowanych systematycznie. Irlandzki system zdrowia automatycznie chroni nas przed wydatkami na medykamenty, ustalając górną granicę na 85 Euro miesięcznie – powyżej tej sumy w ramach tzw. Drug Payment Scheme należy nam się zwrot poniesionych kosztów. Wypełnienie aplikacji nie powinno nastręczać większych problemów zwłaszcza, iż pomocą służą nam pracownicy aptek. O ile jednak tego typu świadczenia socjalne są błogosławieństwem dla przewlekle chorych, o tyle nie pokryją nam kosztów aptecznych fanaberii – a jak każdy zapewne zdążył zauważyć, w przybytkach farmacji uświadczyć możemy przysłowiowe mydło i powidło. Innymi słowy, paramedykamenty stosujmy na własne ryzyko, zaś najlepiej, nie chorujmy w ogóle.
Powiedz: aaaaa...
Kiedy jednak zdrowie niedomaga, liczenie się z kosztami schodzi zwykle na plan drugi, zaś zasadniczą kwestią staje się szybka i kompetentna pomoc. Tutaj pojawia się jednak niejednokrotnie bariera językowa, z którą poradzić sobie muszą nawet nieźle władający językiem angielskim – rzadko kto bowiem w gorączce czy z pulsującą z bólu „szóstką” pamięta fachową terminologię i łaciński skład leków, którymi zwykle w kraju ratował nas lekarz w lokalnej przychodni... Powiadają jedni, iż wystarczy pokazać palcem, gdzie boli, zaś do lekarza należy wykrycie źródła niecnej choroby. Ale czy warto ryzykować?
W sukurs wszystkim cierpiącym przychodzą na szczęście polscy lekarze, coraz liczniej podejmujący w Irlandii praktykę w zawodzie. Alarmujące doniesienia rodzimych Izb Lekarskich mówią już o setkach podań, napływających co miesiąc od medyków zainteresowanych podjęciem pracy w Wielkiej Brytanii czy ojczyźnie Joyce’a. W przypadku pielęgniarek i położnych procedura nostryfikacji dyplomów trwa nieco dłużej, o tyle Dr Kowalski takowe poświadczenie zdobyć może w przeciągu kilku miesięcy. Choć i w tej kwestii bolączki polskiej służby zdrowia mogą dać się we znaki: „Pomimo, iż Irlandia jest krajem bardzo otwartym na lekarzy z Europy, sam miałem problemy z rejestracją w Medical Council” – o początkach swojej kariery na Zielonej Wyspie opowiada dr Tomasz Tomasiuk. „Przez cztery miesiące odsyłano mnie, bym uzupełnił dokumenty o kolejne tłumaczenia, po czym – po przedłożeniu tej samej teczki innemu urzędnikowi – zostałem uznany pełnoprawnym lekarzem”.
Na szczęście dr Tomasiuka nie zraziła biurokracja i początkowe niepowodzenia, dzięki czemu od listopada 2005 roku pełni funkcję dyrektora medycznego domu opieki nad starszymi oraz przewlekle chorymi w Swords. Zapotrzebowanie na wysokiej klasy specjalistów, władających językiem Słowackiego i Miłosza, szybko zostało zauważone w tej leżącej parędziesiąt minut jazdy samochodem miejscowości, stąd otwarta popołudniami praktyka lekarza rodzinnego, przyciągnęła do dr Tomasiuka rzesze szukających pomocy Polaków. „Z uwagi na barierę językową, wielu rodaków trafia do mnie. I wiem, że jestem tutaj nie tylko potrzebny, ale i szanowany za moją pracę” – podsumowuje lekarz.
„To przede wszystkim wyzwanie”
Wedle niedawno opublikowanego na łamach północnoirlandzkiego dziennika „The Irish News” raportu, coraz powszechniejszą praktyką są wizyty polskich lekarzy w przychodniach na Wyspach. Zaczyna się często niewinnie, do weekendowych dyżurów w lokalnych ośrodkach zdrowia, na które lekarze z Polski przylatują w piątkowe wieczory, by po sobotnio-niedzielnych konsultacjach, powrócić do domu z wynagrodzeniem rzędu 2,5 tys. funtów. Pogarszające się jednak warunki pracy w rodzimej służbie zdrowia, nasilający się konflikt z rządem oraz nieudolnie przeprowadzane reformy coraz liczniejszą grupę polskich medyków skłaniają do osiedlania się w Irlandii, Szkocji czy Wielkiej Brytanii.
Powodów wyjazdu jest tak wiele, jak i pojedynczych lekarzy – dla jednych znaczącym był element ekonomiczny, dla innych zaś rozczarowanie upadkiem społecznego prestiżu tej trudnej profesji i brak widoków na satysfakcjonujący rozwój zawodowy. „Choć praktykuję zaledwie od pół roku, byłam w Irlandii już dziesięć lat wcześniej, kiedy był to zupełnie inny, biedniejszy kraj” – dr Bogna Gorecka jest jednym z lekarzy rodzinnych, którzy prócz przyjęć w gabinecie, na wezwanie stawiają się również w domu swoich pacjentów w Skerries. „Przyjechałam tutaj, bowiem skłoniły mnie do tego problemy z prowadzeniem własnej praktyki w Polsce” – założenie własnej działalności i związane z tym formalności okazały się być ponad siły. „Kwestie ekonomiczne nie były bez znaczenia, lecz zaważyła możliwość dalszego rozwoju. Jako lekarz rodzinny, mogę wykonywać tutaj o wiele więcej badań i drobnych zabiegów, co jest wspaniałym wyzwaniem zawodowym” – dr Gorecka mówi z dumą, podkreślając, że wyjazd do Irlandii okazał się szansą dla jej całej rodziny.
Choć o poziomie irlandzkich gabinetów medycznych krążą legendy, nie można zarzucić im braków w wyposażeniu czy dostępie do najnowszych leków. Najlepszy jednak sprzęt staje się bezwartościowy, o ile nie ma stojącego za nim świetnie wykształconego lekarza. Dlatego też irlandzkie gabinety tak chętnie zatrudniają fachowców z Polski, dając im tym samym możliwość wykorzystania pracowicie zdobytej wiedzy w praktyce, bez borykania się z absurdalnymi limitami i budżetowymi dziurami. Jak słusznie zauważył dr Tomasiuk, wykształcenie, pasja i zapał to wartości, które są tutaj godnie wynagradzane. „Niedoceniani w Polsce, tutaj znajdujemy szacunek, spokój, komfort” – z przekonaniem mówi lekarz. Nie bez znaczenia jest również możliwość pracy w międzynarodowym sztabie specjalistów, przy których stale potrzeba podnosić kompetencje. „Oprócz Amerykanów, Irlandczyków i Chinki, w naszym zespole to głównie Polacy” – swoje nowe miejsce pracy chwali dr Małgorzata Garbień. Wraz z siostrą, doświadczoną stomatolożką z Wrocławia, stanowią trzon personelu w nowoczesnym centrum dentystycznym, otwartym właśnie na O’Connell Street w Dublinie.
Przyjazne miejsce pracy i obiecujące możliwości kariery skłoniły wielu polskich lekarzy do poszukiwania swojego miejsca w kraju na obrzeżach Europy. Nie tyle jednak zielone wzgórza i urwiste klify, a zwyczajne i godne życie są tym, o czym najchętniej opowiadają. Przysięga Hipokratesa mówi bowiem o niesieniu pomocy potrzebującym wszędzie tam, gdzie ludzkie zdrowie doznało uszczerbku. A czy Polakom mieszkającym w Irlandii zaufany lekarz nie jest bardziej niezbędny, niż kolejny sklep z nabiałem czy czekoladą znad Wisły? O ile bowiem dobra te do podręcznego bagażu zapakuje skrupulatna rodzicielka, a od biedy zastąpi włoski mascarpone czy belgijska bombonierka, o tyle dobrego zdrowia nie sposób podmienić na żaden ekwiwalent.
Autor: Anna Paś Źródło:
|