|
Kran z dwoma kurkami i brak kodów pocztowych. Ruch lewostronny i anarchia na rondach. Pierścień z Claddagh i meczet na South Circural Road. Absurdy życia codziennego i napadnięta w Derry polska rodzina. Iryski i Irole. O syndromie szoku kulturowego i trudnej drodze ku asymilacji w nowym miejscu na ziemi, czyli „wszędzie dobrze gdzie nas nie ma”.
Najpierw jest długi spacer wzdłuż terminala lotniczego, dla wielu z nas oglądanego po raz drugi w żuciu – pierwszy raz widzieliśmy go przy okazji „okrętowania” się na pokład naszego samolotu, wylatującego z Polski – po czym wsiadamy do środka komunikacji mniej lub bardziej publicznej i wlepiamy oczy w szybę. Jaka jest ta Irlandia? Droga z lotniska do centrum Dublina nie należy do szczególnie malowniczych, stąd pierwsze wrażenie nie jest najlepsze: domki jakieś takie małe, wokół pełno śmieci, a mijane osiedla wyglądają niczym wycięte z szablonu urbanisty-bez-polotu. Jedziemy dalej, wysiadamy w centrum miasta, a tutaj wcale nie jest lepiej: na ulicy tłok, butnie spoglądający panowie z rosyjska mruczą pod nosem, kiedy wciskasz się między nich z przeładowanym plecakiem; wokół mijasz feerię barw, języków, narodowości. Rumiane od pośpiechu Irlandki bez krępacji wystawiają na widok publiczny swoje kochane, choć nadprogramowe, kształty, wyniosłe „mammas” z Afryki niczym taranem przebijają się przez chodnikowy zgiełk z wózkiem dziecięcym i dwójką maluchów za nic nie słuchających jej poleceń, zaś krótko ogolony mężczyzna w brudnym dresie krzyczy coś w pełnym bełkotu slangu do stojących w bramie kolegów spod ciemnej gwiazdy. Autobus oczywiście zostawia nas na przystanku, bowiem komu przyszło do głowy wystawić po niego rękę? Docieramy przez ten barwny tłum do domu i tu część dalsza niespodzianek: ręce po podróży umyć można we wrzątku lub lodowatej wodzie, zaś usłużni przyjaciele na poczęstunek serwują herbatę z mlekiem i chleb o konsystencji gąbki do mycia. Nareszcie lądujemy w łóżku, a po głowie kołacze jedno pytanie: gdzie ja jestem?!
Galeria absurdu i słodkie Iryski
Mija kilka miesięcy i coraz mniej rzeczy nas dziwi. W pracy przyzwyczajamy się do zasady „co masz zrobić w godzinę, zrób w cztery – i tak nic się nie stanie”, sami coraz częściej siedzących obok w autobusie współpasażerów zagadujemy o pogodę, zaś szybki wyskok do bankomatu, kiedy nasz samochód na „awaryjnych” spokojnie czeka przy krawężniku nawet najbardziej ruchliwej z ulic już nie wywołuje nerwowego odruchu w poszukiwaniu czyhającego z mandatem policjanta. Bez dwu zdań – po kilku miesiącach życia w Irlandii pierwszy szok minął, zaś lokalne dziwactwa częściej przyprawiają nas o uśmiech lub co najwyżej irytację, w kolejce czekając na wpis do galerii absurdu pod szyldem „a oni to i tamto...”.
Galeria taka liczy wiele interesujących eksponatów. Począwszy od anegdot na temat listonoszy, którzy nie dostarczają listów pod wskazany adres jeśli uznają, że „nazwisko nic im nie mówi”, a przesyłki pocztowe z godną podziwu pogardą dla ich wartości zostawiają samopas pod drzwiami, by tam dzielnie czekały na powrót adresata do domu, przez nieodgadnione zasady kierujące rozkładem komunikacji miejskiej – gdzie ani czas przejazdów, ani linia autobusowa, nie wspominając o skromnej wiacie, chroniącej nas od nierzadko padających „prysznicy”, nie wydają się być niezbędnym wyposażeniem przystanku. Śmiejemy się z irlandzkiej niezdarności i majstrów, którzy potrzebują tygodni, by naprawić najdrobniejszą usterkę. Szydzimy z nieprzepisowej prędkości rozwijanej na tutejszych autostradach, gdzie „dla bezpieczeństwa” jeździ się dwa razy wolniej, niż jest to dopuszczalne, ale równocześnie bolejemy nad faktem, że na wyspie przynajmniej są autostrady, na których można się rozpędzić... Nasz kolega z pracy, pieszczotliwie zwany Iryskiem, zadziwia nas często swoją niefrasobliwością, lecz równy z niego kompan i chętnie poprowadzi do pubu, gdzie leją - a jakże! – najlepszego guinnessa w mieście. Poczciwina na koniec wieczoru jeszcze się zaśmieje, że sam nigdy nie słyszał o Wyspach Skellig o których tyle opowiadaliśmy, więc byłby wdzięczny, by dać mu znać o kolejnej wycieczce na zachód Irlandii, to on chętnie coś sobie pozwiedza.
Aż nadchodzą wakacje i w naszym mieszkaniu lądują znajomi z Polski, którzy w trakcie poszukiwania pracy śpią kątem w naszych gościnnych progach. Na początku nieco speszeni, zaczynają z czasem zadawać coraz więcej pytań o takie oczywistości, jak przechodzenie na czerwonym świetle czy to dziwne słówko „grand”, które słyszą nieustannie w odpowiedzi na ich pytania. I choć otwarci i przyjaźni, na współlokatora z kraju Chińskiego Tygrysa popatrują niepewnie, jakby obawiając się, że kolega przy następnej kolacji zajadać się będzie psem czy innym paskudztwem.
Znajomi z dnia na dzień nabierają animuszu i na cały głos w autobusie komentują ten „głupi” zwyczaj mówienia sobie bezustannie „how are you” choć nas to zupełnie nie interesuje, zaś chleba tostowego mają już tak dosyć, że chyba napiszą do rodziców, by ci przysłali jakieś jedzenie z Polski, bo tego tutejszego nie sposób już znieść. Narzekają i psioczą, a zdanie „bo u nas w Polsce...” coraz częściej pojawia się jako wstęp do długiej opowieści o zaletach kraju nad Wisłą względem „tej zacofanej Irlandii”. Wreszcie podchmieleni kolejnym jasnym mocnym z pubu pod polskojęzycznym szyldem wyruszają na puste ulice miasta, gdzie mijanych po drodze policjantów obrzucają niewybrednymi epitetami, a czerwono-białe szaliki łopoczą na wietrze, rozwijane z triumfem po każdym zdemolowanym rowerze. Na uprzejme próby zwrócenia uwagi przez zaniepokojonych przechodniów nasi odważni bohaterowie mają tylko jedną odpowiedź i bynajmniej nie jest to zwyczajowe „grand”.
Jednostka chorobowa
Szok Kulturowy pojawia się w przypadku kontaktu z obcą kulturą i dotyka większość imigrantów. Kalervo Oberg (1960), twórca koncepcji Szoku Kulturowego, zakłada, iż stanowi on element procesu przystosowywania się do nowego środowiska, jest chorobą zawodową osób, które nagle zostały przeniesione za granicę i doświadczają życia w nowym miejscu. Sposoby zachowania się w znanej kulturze były oczywiste. Wiedzieliśmy, co jest „normalne”, a co nie... Nagle okazuje się, że wykonany przez nas gest, w obcej kulturze jest odbierany jako „dziwaczny”, słowa, gesty, wyraz twarzy znaczą co innego, są „obce”. Nawet wysoka tolerancja na odmienność, dobra wola nie ratują wobec braku spójnego, wyuczonego w procesie socjalizacji systemu „podpór” kulturowych. Stąd rodzi się frustracja, lęk, zaczynają działać mechanizmy obronne, które nie zawsze ułatwiają funkcjonowanie imigrantowi.
Doświadczający szoku odrzuca środowisko, które spowodowało u nich dyskomfort, negując i odrzucając tym samym zwyczaje, sposoby zachowania gospodarzy, kraju goszczącego, obwiniając ich za złe samopoczucie, krytykuje kraj goszczący i jego mieszkańców, często w towarzystwie swoich rodaków. Kolejnym mechanizmem obronnym towarzyszącym Szokowi Kulturowemu będzie regresja polegająca na irracjonalnej idealizacji kultury, z której wywodzi się podmiot, gloryfikujący wówczas kraj pochodzenia, wspominając to, co najlepsze w kraju naszej młodości. Tęsknimy wówczas za znajomymi miejscami, ludźmi, jedzeniem, za rozmowami w naszym języku. „Zazwyczaj dopiero podróż powrotna do domu przywraca trzeźwe spojrzenie na rzeczywistość” - konstatuje Oberg. Lecz zanim wybierzemy się w rodzinne strony, trzeba stawić czoła rzeczywistości. Oberg wymienia 4 fazy procesu adaptacji kulturowej, które przechodzi podmiot.
1). MIESIĄC MIODOWY - to etap fascynacji nową kulturą. Jesteśmy wówczas grzeczni i uprzejmi dla „obcych”, niemal wszystko nas zachwyca. Jeśli nasz wyjazd kończy się na tym etapie, doświadczamy wyłącznie przyjemnych stron podróżowania. Po powrocie do domu będziemy bardzo pozytywnie wypowiadać się na temat kraju goszczącego i jego mieszkańców oraz swoich doświadczeń zagranicznych.
2). Kiedy zostajemy na dłużej, pojawia się SZOK KULTUROWY - Zaczynamy wówczas borykać się z prawdziwymi warunkami życia na obczyźnie. Tu pojawić się mogą wrogie i agresywne zachowaniem „gościa” w stosunku do kraju goszczącego. Doświadczamy problemów w relacjach z partnerem, w szkole, w miejscu pracy, w środkach komunikacji i sklepach. Znaczącym ich źródłem są kłopoty językowe. Mamy poczucie, że gospodarze są obojętni na te problemy, krytykujemy ich, posługując się stereotypami. Nie oceniamy ich wówczas obiektywnie, gdyż jesteśmy poddani silnemu stresowi, nie radzimy sobie z nim, stosujemy mechanizmy obronne, popadamy w coraz głębszą frustrację. Obwiniamy gospodarzy za nasze złe samopoczucie i wszelkie niedogodności, szukając wsparcia u rodaków. Jest to etap kryzysu w chorobie. Jeśli podmiot przejdzie go z sukcesem może zostać, jeżeli nie, lepiej żeby wrócił do ojczyzny, gdyż może załamać się nerwowo. O tych, którzy nie odnaleźli się z nowej rzeczywistością rozpisują się później bulwarowe pisma, kreśląc fałszywy obraz „raju obiecanego”.
3). OŻYWIENIE - wiąże się z poprawą znajomości języka oraz możliwością i chęcią samodzielnego dbania o siebie, bez wsparcia ze stronny innych ludzi. Wciąż mogą pojawiać się na tym etapie trudności, ale radzimy sobie z nimi, czujemy się silniejsi, poprawia się opinia o gospodarzach, wraca dobry nastrój. Jesteśmy blisko wyzdrowienia.
4). DOPASOWANIE - ma miejsce wówczas, gdy zaczynamy akceptować obyczaje kraju goszczącego, wartości i normy w nim uznawane, i odbierać je po prostu jako inny sposób życia. Inny - nie znaczy zły lub gorszy. Znikają irracjonalne lęki, stajemy się efektywnie działającymi ludźmi. Jeśli na tym etapie wrócimy do ojczyzny, możemy tęsknić za krajem goszczącym, który opuściliśmy.
Czy jest na to lekarstwo? Oberga radzi, by poznawać kraj, w którym zaczęliśmy żyć wraz z jego kulturą, tradycją. Ważna jest znajomość języka, ponieważ język to podstawowy system komunikacji. Jego nauka jest trudna, zwłaszcza dla dorosłych osób, którym z wiekiem coraz trudniej przychodzi utrwalanie wiedzy, ale warto podjąć tę próbę. Bardzo istotne są również kontakty towarzyskie, przyjaźnie. Rodacy, którzy wcześniej mogli doświadczyć syndromu Szoku Kulturowego, mogą pomóc nam się pozbierać, ich wsparcie może stanowić cenne lekarstwo. Jeżeli w naszym otoczeniu nie ma „starych” znajomych, spróbujmy poznać nowych ludzi, otwierajmy się na nowe znajomości. Zmiana polega na zmianie nastawienia do otoczenia, zaprzestaniu stosowania mechanizmów obronnych.
Wówczas to przestają nas dziwić osobne kurki z ciepłą i zimną wodą, zaś dla wyśmiewanej na początku mody na złote sygnety, z lubością noszone przez mieszkańców Zielonej Wyspy, znajdujemy proste wytłumaczenie w legendzie o pierścieniu claddagh. I nic już nie jest takie, jak dawniej...
Elżbieta A. Prucnal Elżbieta Gierałtowska
Artykuł powstał w oparciu o teksty: Oberg, K. (1960). Culture Shock: Adjustment to New Cultural Environments. [w:] Practical Anthropology (7), s. 177-182 oraz Marx, E. (2000). Przełamywanie szoku kulturowego. Warszawa: Agencja Wydawnicza Placet
Źródło:
|